Znajdź nas na

Recenzje

RECENZJA: Wyspa Psów

Chyba nikogo nie trzeba przekonywać, że Wes Anderson znakomitym reżyserem jest. Twórca wypracował swój własny, niepowtarzalny styl retoryczny i formalny – niestety, barokowość opowiadanych historii często ustępowała warstwie problematycznej. Zupełnie inaczej sprawa wygląda w przypadku Wyspy Psów. Twórca komentuje współczesną problematykę na tle postkolonialnym, patrząc na ustrój totalitarny okiem błyskotliwego cynika.

Po czterech latach nieobecności na ekranach kin, Wes Anderson powraca w kolejnym znakomitym tytule. Tym razem twórca Grand Budapest Hotel stawia na animację poklatkową. Porusza przy tym istotną współcześnie tematykę społeczną i polityczną (czyżby rozpoczął się bój o Oscara w kategorii filmu animowanego?). Z jednej strony Wyspa Psów opowiada o wszechobecnej nietolerancji i segregacji na tle rasowym. Zwrócona zostaje uwaga zwłaszcza na lincz oraz społeczną stygmatyzację. Nieprzypadkowo mówimy przecież o rasie psów, chorych na wirusa oraz klasie społecznej „panów” (ludzi). Z drugiej – Anderson obrazuje politykę systemu totalitarnego. Przedstawia propagandowe media w służbie władzy, kreujące zjawisko post-prawdy i oddziałujące na masową opinię społeczną. Równocześnie zauważa, że w dyktaturze najbardziej niewygodnym elementem państwa są racjonalni naukowcy.

Donald Trump wskazuje na mur na granicy z Meksykiem, Europejczycy budują obskurne obozy dla uchodźców, a ludzcy bohaterowie Wyspy Psów wysyłają niechciane zwierzęta do tytułowej krainy – tam najlepszych przyjaciół człowieka może spotkać najczarniejszy ze scenariuszy. Nic dziwnego, że Wes Anderson zdecydował się zrealizować w dzisiejszych czasach tak odważny, a przy tym nienapuszony manifest filmowy. Równocześnie zauważa, do jakiej sytuacji doprowadziły podobne nacjonalistyczno-totalitarne ruchy w niedalekiej przeszłości. Widmo II Wojny Światowej często powraca w dorobku twórcy. W Grand Budapest Hotel spokój bohaterów zakłócony zostaje wybuchem pruskiej grypy – podobna analogia pojawia się w Wyspie Psów, przy okazji motywu gazu wasabiowego.

Tutaj pojawia się drobny mankament. Anderson wydaje się gloryfikować ingerencję Stanów Zjednoczonych w masową politykę świata, w tym wikłanie się w obce kultury i obyczaje. Na czele ruchu rebelii – którego zaangażowania oraz skuteczności nie powstydziłaby się franczyza Star Wars – staje studentka z Ameryki. Cóż, w Wietnamie czy Afganistanie wyglądało to znacznie mniej optymistycznie…

Reżyser i scenarzysta staje jednak na wysokości zadania. Radykalny ton filmu przekuwa w zachwyt nad formą. Wyspa Psów to Anderson jakiego znamy i kochamy – operujący cierpkim sarkazmem, posługujący się statycznymi kadrami oraz geometryczną pracą kamery. Twórca unika pretensji rodem z Moonlighta, aplikując w świat przedstawiony celny, groteskowy humor, którego abstrakcji nie powstydziłaby się sławetna grupa Monty Pythona. Nie zabrakło też elokwencji i szczypty melancholii, którą zazwyczaj cechują się bohaterowie filmów Wesa Andersona (najbardziej uwidacznia to znakomite Moonrise Kingdom. Kochankowie z księżyca).

Ostatecznie jednak, Wyspa Psów okazuje się doskonałym wykładem kulturoznawczym, przybliżającym widzom kulturę i obyczaje Kraju Kwitnącej Wiśni. Kolejne motywy wkradają się w konwencję produkcji. Nawiązania do anime oraz kina samurajskiego spod znaku Akiry Kurosawy występują nad wyraz często. Inne elementy kojarzone z Dalekim Wschodem pojawiają się na dalszym planie, kreując tło świata przedstawionego. Butelki po sake, zapasy sumo czy tradycyjny teatr nōgaku – wszystkie elementy dopełniają świat przedstawiony, tworząc wiarygodny (choć kukiełkowy) obraz futurystycznej Japonii. Akcja Wyspy Psów wybiega bowiem 20 lat wprzód – tym samym komentarz na tle postkolonialnym przybiera tutaj formę wiarygodnych gróźb na modłę Czarnego lustra. Nieprzypadkowo też protagonista animacji nazywa się Atari Kobayashi – imię dotyczy popularnej konsoli do gier, nazwisko z kolei nawiązuje do reżysera, Masakiego Kobayashi (twórcy m.in. Buntu oraz Harakiri).

Momentami daje się odczuć, że Wes Anderson staje się wtórny – zwłaszcza, że cztery lata temu zrealizował opus magnum swojej twórczości (Grand Budapest Hotel). Nie można mu jednak odmówić doskonałej formy oraz erudycji. Sposób kreacji świata zapiera dech w piersiach. Zaprezentowanie istotnej tematyki społecznej rozpieszcza szare komórki i skłania do refleksji. Sama historia – choć początkowo przypomina złożoną układankę – finalnie scala się w klarowny i dopracowany obraz psów i ludzi, którzy dyktaturze zagrali na nosie. A z wyśmienitą animacją poklatkową może rywalizować tylko Kubo i dwie struny.

Moja ocena: 8/10

PLUSY:
~ skupienie się na ważnej, aktualnej tematyce społecznej i politycznej;
~ znakomita praca kamery (jak zawsze w przypadku Wesa Andersona);
~ błyskotliwy i wyrafinowany humor (jak zawsze w przypadku Wesa Andersona);
~ melancholijni bohaterowie, których spojrzenia mówią więcej niż tysiąc słów (jak zawsze w przypadku Wesa Andersona);
~ doskonała periodyzacja Kraju Kwitnącej Wiśni – kultury Japonii, jej sztuki oraz społecznych obyczajów;
~ dopracowana w każdym calu i kukiełce animacja poklatkowa.

MINUSY:
~ momentami Wes Anderson staje się wtórny – często sięga po sprawdzone chwyty retoryczne i formalne z wcześniejszych widowisk.

Zobacz również

Reklama

Polecane

Więcej z Recenzje