Znajdź nas na

Recenzje

RECENZJA: Plan B

film polski, recenzja, kino, film, życie, miłość, produkcja, kinga dębska

Kinga Dębska znów zasiadła przed reżyserską konsoletą, wygrywając najrzewniejsze i najckliwsze melodie filmoznawcze. „Plan B” to fałszywa wydmuszka, nastawiona na emocjonalny rollercoaster i manipulację odbiorcami – nie głosząca żadnych innowacyjnych, ciekawych historii, popadająca w sztuczne klisze i tematy z brukowca. Sedno problematyki tkwi w telenowelowym odbiciu rzeczywistości – odpowiednim wyważeniu dramatu i komedii. To dobre, kobiece kino z Dorocińskim na dokładkę.

Reżyserka i scenarzystka posłużyła się najbardziej sprawdzoną recepturą na komercyjne polskie kino. Fabuła luźno nawiązuje do świata realnego, dramat nie topi odbiorcy w oceanie beznadziei, a wątki komediowe idealnie równoważą ckliwe fragmenty sztucznego życia ukazanych postaci. Dodatkowo przez ekran przetacza się plejada rodzimych gwiazd, czasem nie wygłaszają nawet znaczących kwestii (w tym wypadku zupełnie niewykorzystany zostaje Marian Dziędziel). W ten sposób widowisko ma szansę stać się tytułem uniwersalnym – przypadającym do gustu większości publiczności, nie pozostawiającym minimalnego miejsca na krztę refleksji.

film polski, recenzja, kino, film, życie, miłość, produkcja, kinga dębska

kadr z filmu „Plan B”

Pięć historii – pięciu bohaterów, którym życie sprzedało pstryczka w nos. Pięć osób, które najpierw myślą o samobójstwie, później topią żale w lampce wina, by w końcu wyjść na stabilną prostą. Ckliwe tony Kingi Dębskiej doskonale sprawdziły się w jej poprzednim tytule, „Moich córkach krowach”. Niestety, w trakcie seansu „Planu B” odniosłem niezaprzeczalne odczucie, jakby ktoś usilnie starał się oszukać moje pokłady wrażliwości. Jasne, rozpad małżeństwa z wieloletnim stażem czy próba socjalizacji byłego więźnia ma w sobie coś poruszającego. Dualizm filmu popada jednak w schizofreniczne rozdarcie – widownia albo śmieje się do rozpuku, albo topi pop-corn w oceanie łez. Twórczyni gardzi kolorami mieszanymi, stawiając na czerń i biel.

Sama konwencja „Planu B” (scenografia, lokacje, zachowania bohaterów) koresponduje z polskim kinem komedii romantycznych. Dębska zamienia jednak cukier „Listów do M.” na mało stonowany sos słodko-kwaśny – dominującym aspektem widowiska stają się problemy egzystencjalne przeciętnego, szarego Polaka. Większa część rodzimej widowni z pewnością utożsami się z bohaterami produkcji, przynajmniej w ciągu pierwszych 20 minut seansu. „Plan B” szybko zamienia się bowiem w bajkę dla dorosłych, gdzie utopijna wizja prostego bytu i nadziei na rozwiązanie trudów egzystencji przybywa niczym jasnooki rycerz w złotej zbroi.

A może ten film był o czymś zupełnie innym? Scenopisarska rutyna szybko męczy bardziej wysublimowanego odbiorcę. Zwłaszcza, że widmo happy endu niemal miażdży widza w każdej pozytywnej scenie. Letarg percepcji szybko zmusza do śledzenia innych aspektów „Planu B” niż główna linia fabularna. Nie sposób zatem zauważyć, że dominującym, drugoplanowym motywem widowiska jest… alkohol! Każdy z bohaterów tankuje w siebie hektolitry wina oraz koniaku – do dziś trudno mi ocenić, na ile wątek napojów wyskokowych stanowi rodzaj meta-komentarza Dębskiej, a na ile jest to zwyczajna reklama kieliszków i lampek z Ikei.

film polski, recenzja, kino, film, życie, miłość, produkcja, kinga dębska

kadr z filmu „Plan B”

Nie ważne o czym opowie kolejny film Kingi Dębskiej – tytuł z pewnością będzie wart Waszej uwagi ze względu na doskonałą kreację Marcina Dorocińskiego. W „Córkach krowach” aktor cierpiał na wyraźny kryzys męskości, odcinając się od emploi ekranowego twardziela z zasadami. Tym razem Dorociński wciela się w prostego chłopa na zakręcie życia – aktor bawi, jako jedyny w całym filmie doskonale wpasowuje się w stylistykę „czasem pada, czasem świeci”.

Poza tym Roma Gąsiorowska znów jest zbuntowana (analogia do „Sali samobójców” – tym razem chodzi jednak o kompleks Elektry). Podobnie jak cała reszta obsady, wydaje się grać na osobistym autopilocie, sięgając po wachlarz sprawdzonych chwytów aktorskich i konwencji z poprzednich wcieleń.

Jasne, „Plan B” działa na emocje odbiorcy. Niestety, pod postacią sinusoidy radości i smutku kryje się dojmująca pustka. Wszystko jest tutaj sterylne, wyprute z autentyczności i powierzchowne – poczynając od telenowelowych przestrzeni (wnętrza warszawskich kamienic z „Mojego mieszkania”), na potencjalnej głębi fabuły kończąc.

Mimo wszystko to smakowite danie dla każdego, kto potrzebuje kinematograficznego katharsis z wkładem minimum środków i brakiem dołującej historii. Kinga Dębska posiada dar umiejętnego malowania emocji. Na deser przychodzą znakomici aktorzy oraz ich mniej znakomite kreacje. Morał jest prosty, jak bollywoodzkie tytuły: czasem słońce, czasem deszcz. Dobra pozycja na niewymagające wieczory.

Moja ocena: 5/10

Film trafił na ekrany kin 2 lutego bieżącego roku.

Zobacz również

Kliknij aby skomentować

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Reklama

Polecane

Więcej z Recenzje