Znajdź nas na

Recenzje

RECENZJA: Czarne lustro – sezon 4 [NETFLIX]

Parodia „Star Treka”, cybernetyczne psy-zabójcy w konwencji czarno-białego post-apo czy traumatyczna wizja algorytmizacji ludzkości, w tym uczuć i miłości. Charlie Brooker znów szachuje stylistyką serialu – penetruje każdy z gatunków kina SF, z każdego wydobywając pokłady lęku i autorefleksji. Zmyślnie miesza nurty, żongluje konwencją – niestety, w kilku momentach ociera się o przytłaczający banał. 4. sezon kładzie nacisk na społeczny kontekst „Czarnego lustra” – zarówno socjologiczny, jak i postkolonialny / nacjonalistyczny. Rzeczywistość znów odbija się w serialu – strasząc, grożąc, lecz tym razem nie przerażając.

ODCINEK 1: „USS Callister” reż. Toby Haynes

Twórcy po raz kolejny stawiają w krzyżowym ogniu rozwój techniki oraz dysfunkcję genialnego umysłu – tym razem socjologiczna wada wynika bezpośrednio z trwożącej frustracji, która przesiąka światopogląd Roberta Daly’ego (Jesse Plemons). Topos szalonego kreatora znów ingeruje w losy niewinnych ludzi, zamieniając ich życie w kosmiczne piekło.

Co ciekawe, w pierwszym epizodzie 4. sezonu „Czarnego lustra” relacja człowiek-technologia nie staje się głównym motorem produkcji (narracyjnie owszem, jednak odcinek ma do zaoferowania o wiele więcej na płaszczyźnie obrazu oraz w sposobie ukazania opowiadanej historii). William Bridges i Charlie Brooker decydują się bowiem zrekonstruować nurt space opery – w tym celu parodiują pierwsze odcinki „Star Treka” z lat 60. oraz jemu podobne seriale, wpisując w nie groteskowy komentarz psychologiczny.

Ostatecznie gwiezdna misja nie ratuje losów galaktyki, jak ma to miejsce w setkach tytułów o podobnej tematyce – jest bardziej odyseją kosmiczną ku ocaleniu własnej egzystencji.

Sam epizod wyróżnia się na tle pozostałych odcinków „Czarnego lustra” swoją samoświadomością i metatekstem usytuowanym w postmodernistycznym duchu rekonstrukcji znanych wymogów gatunkowych. Twórcom nie chodzi wyłącznie o dywersję, która wkrada się w ludzkie życie za pomocą futurystycznego medium – sięgają po ironię i groteskę, tocząc przy ich użyciu bój z szarą rzeczywistością.

(CIEKAWOSTKA: W odcinku, na ułamek sekundy zobaczyć można znaną aktorkę Kirsten Dunst – dokładnie przypatrujcie się scenom w biurze korporacji. Z drugiej strony epizod wieńczy voice-over Aarona Paula, grającego w grę komputerową – jego postać wypowiada charakterystyczne „bitch”. Słowo często padało z ust aktora, gdy ten wcielał się w Jessiego Pinkmana w popularnym „Breaking Bad” – czyżby oba serialowe uniwersa były ze sobą powiązane?)

ODCINEK 2: „Arkangel” reż. Jodie Foster

Tym razem Charlie Brooker bada relacje nadopiekuńczej matki z ubezwłasnowolnioną córką. Odcinek wyraźnie diagnozuje poziom zmęczenia formuły „Czarnego lustra” – banalne morały, jakim ulega epizod w finalnej konkluzji można byłoby zawrzeć w dwóch zdaniach. Jaki sens miało zatem wykreowanie godzinnego epizodu?

Fabuła skupia się na cybernetycznym implancie, pozwalającym rodzicielce przejmować całkowitą kontrolę nad córką (w warstwie świadomości o drugim człowieku – nie w jego motoryce i zachowaniu). Równocześnie urządzenie cenzuruje rzeczywistość dziecka, zasłaniając czynniki stresotwórcze.

Twórcy starają się udowodnić odbiorcy, że „Arkangel” posiada ambitną treść – przywołują „Edypa”, wskazują na egzystencjalną problematykę istnienia (lub braku) ludzkiej wolnej woli. W rzeczywistości to przykrywka – odcinek bardziej przypomina diagnozę początkującego psychologa, dywagującego nad wadami młodości, rzutującymi na przyszłość człowieka.

Banalna konkluzja niweczy pokłady goryczy, tkwiące w produkcji. Równocześnie Jodie Foster udowadnia, że o wiele lepiej sprawdza się po drugiej stronie kamery – tylko tam potrafi wydobyć poruszające i wiarygodne emocje.

ODCINEK 3: „Crocodile” reż. John Hillcoat

Nakręcająca się spirala zbrodni towarzyszy odbiorcom trzeciego epizodu „Czarnego lustra”. Detektywistyczna historyjka znów penetruje mroki ludzkiego umysłu, zbliżając się do konwencji opowiadań Edgara Alana Poe (naturalnie w bardzo uproszczony sposób).

Wydaje się jednak, że Charlie Brooker wolał zwrócić uwagę na społeczny aspekt odcinka. W każdej z „pozytywnych” ról występują tutaj aktorzy wschodniego pochodzenia – równocześnie śledzimy losy białej korpo-suki. Kobieta nie cofnie się przed niczym, by osiągnąć zamierzony celjej dywersyjne postępowanie ingeruje w życie pozostałych bohaterów odcinka.

Jak na formułę „Czarnego lustra” przystało, akcja produkcji osadzona zostaje w niedalekiej przyszłości. Imigranci ze Wschodu są ukazani w pozytywnym świetle – zadomowili się w (bliżej nieokreślonym) europejskim kraju, znaleźli pracę, założyli kochające rodziny. Paradoksalnie, to postępujący feminizm przeszkadza im w sielankowej egzystencji.

ODCINEK 4: „Hang the DJ” reż. Timothy Van Patten

Charlie Brooker kładzie na szalach wagi miłość i komputerowy algorytm. Bada, czy ludzie uzależnieni od cybernetycznego głosu Boga potrafią uwierzyć jeszcze w wartości metafizyczne, dalekie od namacalnych systemów norm i zasad. Przede wszystkim jednak scenarzysta udowadnia, jak łatwo zawładnąć pokoleniem indywidualistów.

„Hang the DJ” to doskonałe kino romantyczne, szczęśliwie unikające przesadnej pretensji filmowych harlequinów dla millenialsów („Gwiazd naszych wina”). Twórcy ukazują miłość jako permanentną walkę o drugą połówkę – sprytnie rozgraniczają zauroczenie i pożądanie. Aplikują w obraz olbrzymie pokłady wiarygodnych uczuć i szczerych emocji.

Gdy finałowy zwrot akcji zmieni Waszą percepcję na ukazaną historię, szybko zdacie sobie sprawę, że oto zobaczyliście jeden z najdoskonalszych epizodów „Czarnego lustra”.

ODCINEK 5: „Metalhead” reż. David Slade

Gustowny art-house w konwencji „Szczęk”. Groźne kino survivalowe w niezbadanym świecie jutra. Twórcy igrają z estetyką kina postapokaliptycznego. Zamiast psychologicznych dywagacji nad kondycją człowieka, serwują widzom trip w głąb zrujnowanej rzeczywistości, kontrolowanej przez groźne, cybernetyczne psy masowej zagłady.

O ile w „Szczękach” widz obserwuje zmagania człowieka z nieokiełznanym żywiołem, naturą, tak twórcy w „Metalhead” postanawiają zrekonstruować tę konwencję. Tym razem śmiertelne zagrożenie pochodzi z perfekcyjnego systemu komputerowego – oko w oko z niebezpiecznymi psami staje Bella (Maxine Peake); jej zmagania przypominają starcie słynnej Ripley z Xenomorphem (mowa o franczyzie „Obcy”). Nieprzypadkowo zresztą kobieca siła skupiona zostaje w protagonistce odcinka, jak miało to miejsce w hicie Ridleya Scotta.

Dopracowany, czarno-biały obraz tym bardziej zniekształca znaną rzeczywistość, w jakiej osadzona zostaje akcja odcinka. Mimo względnego realizmu, widz czuje się obco i nieswojo, penetrując świat przedstawiony.

„Metalhead” to 40 minut skrupulatnie narastającego napięcia. Niestety, puenta wydaje się aż nazbyt błaha i pretensjonalna – w pewnym stopniu niweczy percepcję względem ukazanych zdarzeń.

ODCINEK 6: „Black Museum” reż. Colm McCarthy

Epizod stosuje tę samą konwencję co christmas special „White Christmas”, zrealizowany przy okazji 2. sezonu „Czarnego lustra”. Pod przykrywką jednego odcinka twórcy opowiadają aż cztery historie z niedalekiej i pesymistycznej przyszłości. Niestety, trzy etiudy zawarte w „Black Museum” (oraz wątek spajający każdą opowieść) wydają się nakreślone na siłę – bez szczególnego polotu i finezji (by przywołać irracjonalną opowiastkę o człowieku, który dobrowolnie pozwala zaszczepić w umyśle świadomość zmarłej żony).

Brooker znów prezentuje szalonego naukowca – tym razem eksperymentuje on nad ludzkim mózgiem, jego permanentnością oraz możliwością zaszczepienia świadomości w ciele obcego człowieka. Niestety, to jeden z najbardziej przewidywalnych epizodów serii – równocześnie okraszony fatalnymi zwrotami akcji, wprowadzonymi na siłę, aby choć w drobnym calu zaskoczyć znudzonego odbiorcę.

W fabularnych odmętach „Black Museum” migocze komentarz na tle postkolonialnym i rasowym – tylko on nadaje odcinkowi metaforycznej głębi pośród hektolitrów wtórności i zmęczenia materiału.

Muzeum, w którym rozgrywa się akcja szóstego odcinka 4. sezonu, posiada rekwizyty związane z akcesoriami wcześniejszych epizodów serii. W ten sposób twórcy żegnają się z fanami franczyzy – na dzień dzisiejszy nie wiadomo, czy Netflix zdecyduje się zrealizować kolejny sezon serialu.

Nic dziwnego, na sześć epizodów tylko dwa z nich okazały się kinematograficznymi perełkami – igrającymi z przyzwyczajeniami odbiorcy, doskonale samoświadomymi, skłaniającymi do refleksji nad światem w sieci i technokratyczną wizją przyszłości (mowa naturalnie o odcinku pierwszym i czwartym). Równocześnie w „Metalhead” forma epizodu zaczęła górować nad treścią, fabułę „Arkangel” można byłoby streścić w dwóch zdaniach, a technokracja „Black Museum” była śmiechu warta.

4. sezon zachował klasę – osobiście uważam, że posiadał kilka z najlepszych odcinków w historii franczyzy. To doskonały moment, aby zejść ze sceny niepokonanym.

Moja ocena: 6/10

Zobacz również

Kliknij aby skomentować

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Reklama

Polecane

Więcej z Recenzje

  • RECENZJA: Wyspa Psów

    Chyba nikogo nie trzeba przekonywać, że Wes Anderson znakomitym reżyserem jest. Twórca wypracował swój...

  • RECENZJA: Pitbull. Ostatni pies

    Pitbull nadal gryzie, choć Władysław Pasikowski stępił przaśne pazurki dwóch wcześniejszych odsłon na rzecz...

  • czarna pantera, film, superbohater, marvel, postać, film, widowisko, wakanda, uniwersum, postać, MCU czarna pantera, film, superbohater, marvel, postać, film, widowisko, wakanda, uniwersum, postać, MCU

    RECENZJA: Czarna Pantera

    Marvel miażdży konkurencję! Kinowe uniwersum DC, nawet najnowsze odsłony franczyzy X-Men – nic nie...

  • RECENZJA: Nowe oblicze Greya

    Społeczny fenomen na skalę globalną powraca. Tytuł oferujący równie dużo komercyjnej perwersji, co karkołomnego...