Znajdź nas na

Recenzje

RECENZJA: Bright [NETFLIX]

Przyszła kryska na Matyska – Netflix zaliczył pierwszą poważną wtopę twórczą. Długo oczekiwany „Bright” okazał się wariacją z pogranicza kina exploitation oraz blockbusterowej konwencji widowisk akcji / fantasy sprzed dwóch dekad. Wydaje się, że reżyser, David Ayer, spełnił swoje artystyczne marzenie, którego nie udało mu się zrealizować przy okazji „Legionu Samobójców”. Niestety, efekt jego twórczej wizji ulokować można w szeregu straceńców, tuż koło trylogii „Blade’a”, franczyzy „Underworlda” oraz obrzucanej pomidorami serii „Resident Evil” Paula W.S. Andersona.

Przemoc, bluzgi i postmodernistyczna trawestacja gatunku fantasy – to zaledwie fundament, na którym wzniesiona zostaje chwiejna, kinematograficzna wieża Babel A.D. 2017. Każda sekwencja „Bright” dostarcza widzowi kolejnych stylistycznych tropów i fabularnych skojarzeń – raz do wspomnianych wcześniej franczyz dark fantasy, innym razem do „Ataku na 13 posterunek” lub do policyjnych komedii kryminalnych spod znaku „Bad Boys” i „Zabójczej broni”. Niestety, każdy ze wspomnianych elementów wydaje się przemawiać własnym, autonomicznym językiem kina, tworząc film niespójny, uginający się pod ciężarem niewykorzystanego potencjału oraz stylistycznych zawirowań.

Stałym argumentem zatwardziałych obrońców Netflixa było stwierdzenie, że platforma streamingowa realizowała produkcje telewizyjne. Na tym tle tytuły, takie jak „Gra Geralda” czy „1922” rzeczywiście mogą pochwalić się wysokim poziomem realizacji. Niestety, „Bright” od samego początku zapowiadany był jako pierwsze wysokobudżetowe dzieło Netflixa (w podobnym przekonaniu utwierdza widza odważna kampania marketingowa filmu – twórcy mamią odbiorcę, sugerując, że dostarczą mu kinowych wrażeń bez opuszczania przez niego kanapy). Najnowszy film nie dorasta jednak do pięt innym hitom, trafiającym na duży ekran multipleksów – chyba że tym sprzed dwóch dekad.

„Bright” to pulpa fantasy skrzyżowana z brudnym kinem policyjnym na modłę wcześniejszych dokonań Davida Ayera. Twórca igra z gatunkiem fantastycznym – zamienia malownicze plenery Śródziemia na miejską dżunglę i brudne zakamarki amerykańskich przedmieści. Niestety, autorska finezja kończy się na tym właśnie poziomie. Pozostała część filmu to dzieło nudne i przewidywalne – nie dostarczające rozrywki nawet na płaszczyźnie guilty pleasure’owego kiczu (jak wciąż ma to miejsce przy okazji serii „Underworld”).

Fabuła produkcji skupia się na motywie władcy ciemności, który nadciąga do świata przedstawionego, by wejść w posiadanie magicznej różdżki, spełniającej najskrytsze marzenia. Z drugiej strony obserwujemy rzeczywistość, zamieszkałą przez rasę orków, ludzi i elfów (oraz szereg innych stworzeń magicznych, jak np. drażniące wróżki i gigantyczne smoki, sunące po niebie niczym sterowce w gatunku kina fantastyczno-naukowego). Dwójka policjantów (skonstruowana na bazie kontrastu – jak przystało na konwencję „Zabójczej broni”) zrobi wszystko, by ocalić świat przed nieuchronnym armagedonem.

Taki zarys fabuły brzmi bardzo kampowo (nasuwając na myśl hybrydy gatunkowe kina exploitation pokroju „Striptizerek zombie”). Niestety, twórcy decydują się opowiedzieć historię w śmiertelnie poważnym tonie. Sztywny patos produkcji tym bardziej podkreślony zostaje w warstwie problematycznej obrazu. „Bright”, prócz postmodernistycznej zabawy konwencją, w patetyczny sposób wypowiada się o postkolonialnych aspektach segregacji rasowej – orkowie to jasna alegoria afroamerykańskiej społeczności Stanów.

Ignacy Krasicki komentował zachowania ludzi za pomocą ikonograficznych toposów zwierząt – David Ayer (jak na twórcę kina blockbusterowego A.D. 2017) sięga do bestiariusza J.R.R. Tolkiena. Brakuje mu jednak błyskotliwego poziomu satyry i ironii, która cechowała polskiego autora bajek dla dzieci i dorosłych.

„Bright” jawi się jako kino złego smaku, zakorzenione w niechlubnych annałach kinematografii z przeszłości – tym bardziej, że poziom przemocy i przekleństw jasno wyznacza target produkcji. Dorosły odbiorca uraczony zostaje kiczem traktowanym bardzo poważnie. Prawdopodobnie w podobny sposób miał wyglądać wcześniejszy film Ayera – „Legion Samobójców” (wtedy studio Warner Bros. zaingerowało w proces realizacji widowiska, diametralnie transformując wizję autora).

Barokowa, poligamiczna konwencja wbiła nóż w plecy „Brighta” – twórcy zagubili się w natłoku zaprezentowanych estetyk, ostatecznie decydując się na brudne kino klubów ze strip-barem, narkotyków i pełnych magazynków. Niczym w trakcie budowy biblijnej wieży Babel, w filmie pojawiło się zbyt wiele odwołań i zróżnicowanych, gatunkowych cech – pod ich natłokiem konstrukcja zaczęła się krzywić i wypaczać.

W niczym nie pomógł – jak zawsze smutny – Will Smith.

Moja ocena: 4/10

Film trafił na platformę Netflix 22 grudnia.

Zobacz również

Kliknij aby skomentować

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Reklama

Polecane

Więcej z Recenzje

  • RECENZJA: Wyspa Psów

    Chyba nikogo nie trzeba przekonywać, że Wes Anderson znakomitym reżyserem jest. Twórca wypracował swój...

  • RECENZJA: Pitbull. Ostatni pies

    Pitbull nadal gryzie, choć Władysław Pasikowski stępił przaśne pazurki dwóch wcześniejszych odsłon na rzecz...

  • czarna pantera, film, superbohater, marvel, postać, film, widowisko, wakanda, uniwersum, postać, MCU czarna pantera, film, superbohater, marvel, postać, film, widowisko, wakanda, uniwersum, postać, MCU

    RECENZJA: Czarna Pantera

    Marvel miażdży konkurencję! Kinowe uniwersum DC, nawet najnowsze odsłony franczyzy X-Men – nic nie...

  • RECENZJA: Nowe oblicze Greya

    Społeczny fenomen na skalę globalną powraca. Tytuł oferujący równie dużo komercyjnej perwersji, co karkołomnego...