Znajdź nas na

Rankingi

TOP 10 NAJGORSZYCH filmów 2017 roku! A mogło być tak pięknie…

Wczoraj poznaliście 10 najlepszych filmów 2017 roku, rekomendowanych przez portal 35mm. Dziś pora popaść w drugą skrajność – przed Wam 10 największych paździerzy mijającego roku. Pierwsze miejsce na podium nie zdziwi prawdopodobnie nikogo, lecz jakie inne tytuły zasługują na wyparcie ze świadomości masowego odbiorcy? 

10. „Mroczna Wieża” reż. Nikolaj Arcel

SF w dark fantasy, poprzez głębiny psycho-thrillera, w komedię a la „Goście, goście”, na mieliźnie horroru kończąc. „Mroczna Wieża” to szalona wizja wirtuoza kina klasy B z wyraźnym ADHD. Mnogość konwencji doprowadza tu do palpitacji dobrego smaku. Zwiastuny starały się przekonać widzów do dzieła w stylu „Doktora Strange’a”. Choć Roland faktycznie posiada superbohaterskie korzenie, a przynajmniej tak się zachowuje (o zgrozo, co za kicz!), tak najnowsza adaptacja nie jest gorszą kopią stylu jednego z najnowszych filmów Marvela. Gorzej – ona nie ma żadnego stylu.

Mroczna Wieża runęła. Człowiek w Czerni podążał przez pustynię, a pusta, bezbarwna pulpa podążała w ślad za nim – parafrazując najsłynniejszy cytat z całego cyklu książek mistrza grozy. I fan Kinga wściekły, i niedzielny widz znudzony.

Jake i Roland

kadr z filmu „Mroczna Wieża” reż. Nikolaj Arcel

9. „Assassin’s Creed” reż. Justin Kurzel

Gigantyczna franczyza. Tony znakomitych lokacji, takich jak starożytny Egipt, wiktoriański Londyn czy włoski renesans. Rozbudowana linia fabularna. Charakterystyczne motywy i specyficzny sposób prowadzenia kamery, doskonale nadający się do przełożenia na język kina. Wszystko to w piach – twórcy z branży filmowej wiedzieli lepiej, jak opowiedzieć historię konfliktu asasynów z templariuszami.

Zamiast spektakularnej i akrobatycznej rozróby sprzed kilku wieków, Justin Kurzel dostarcza widzom niekończące się minuty dialogów – monotonnych, prowadzonych we współczesnych ośrodkach badawczych, niweczących wygórowane oczekiwania widzów.

„Assassin’s Creed” A.D. 2017 okazał się kolejnym tytułem, jasno wskazującym masowemu odbiorcy: Hollywood nie dojrzało jeszcze do adaptacji gier komputerowych / platformowych.

jedna z nielicznych scen, osadzona w przeszłości

kadr z filmu „Assassin’s Creed” reż. Justin Kurzel

8. „Resident Evil: Ostatni rozdział” reż. Paul W.S. Anderson

Saga Alice, obecna w kinach od 15 lat, kończy swój ekranowy żywot. Niestety, nie jest to koniec, jakiego wszyscy się spodziewali, a na pewno nie zakończenie cyklu, jakiego oczekiwali najwytrwalsi fani serii o zombie i wrogiej organizacji Umbrella. Sam film przypomina żywego trupa – cała franczyza zmarła już kilka lat temu, jednak producenci wciąż starają się ją wskrzesić, sięgając po coraz bardziej irracjonalne, kinowe chwyty.

Paul W.S. Anderson tworzy widowiskowe kino klasy B, kopiując pomysły innych twórców – jego autorski wkład to fala ciężkostrawnego kampu, którym obciążono kluczowe motywy tytułu. Patrząc, w jaką stronę od czasu „Afterlife” skierowany został cykl „Resident Evil”, czuje się ulgę, że „Ostatni rozdział” jest (wedle założeń) zakończeniem sagi Alice – niestety, naciąganym i rozczarowującym.

Z tego zombie już nic nie będzie – czas wykopać mu grób. Oby nigdy nie powstał z martwych.

ostatni bastion ocalałych

kadr z filmu „Resident Evil: Ostatni rozdział” reż. Paul W.S. Anderson

7. „Emotki. Film” reż. Tony Leondis

Emotki. Film” to fabularny mętlik, starający się udowodnić, że niesie za sobą więcej treści, niż lokowanych produktów – nic bardziej mylnego. Twórcy ze studia Sony Pictures Animation starają się podpiąć pod sukces widowisk  produkowanych przez współczesnego giganta animacji, Walta Disneya – film to nachalna kopia „Ralpha Demolki” (wszechświat wewnątrz cyfrowego medium) i „W głowie się nie mieści” (bohaterowie jako zobrazowanie ludzkich emocji).

Niestety, produkcja z każdą kolejną sceną traci pomysł na siebie, a im bliżej jest do napisów końcowych, tym emocje odbiorców w stosunku do twórców stają się bardziej antagonistyczne. Tak nieciekawego uniwersum jeszcze nie widzieliście.

Pełną recenzję filmu znajdziesz, klikając TUTAJ.

Patrick Stewart jako Emotka Kupa

kadr z filmu „Emotki. Film” reż. Tony Leondis

6. „Dlaczego on?” reż. John Hamburg

Nic nie boli bardziej, niż upadek cenionego aktora – jeszcze gorzej, gdy w trakcie katastrofy ucierpi aż dwóch cenionych gwiazdorów. „Dlaczego on?” byłby nic nie znaczącą głupią komedią, gdyby nie występ duetu znakomitych hollywoodzkich nazwisk – James Franco (na kilka miesięcy przed realizacją „The Disaster Artist”) oraz Bryan Cranston (na kilkanaście miesięcy po ostatnim epizodzie „Breaking Bad”) wspólnie uczestniczą w festiwalu żenady i taniego żartu.

Poziom ich obsadowej wtopy przebił wyłącznie Robert de Niro oraz Zac Efron w rok młodszym „Co ty wiesz o swoim dziadku?”. Tu na szczęście nikt nie penetruje nikogo palcem ręki, jednak poziom niesmacznego, czerstwego żartu oscyluje w tych właśnie – podbrzusznych – rejonach.

Morał? Wystrzegajcie się komedii z gwiazdorską obsadą, których tytuły to zdania pytające…

James Franco i Bryan Cranston

kadr z filmu „Dlaczego on?” reż. John Hamburg

5. „Wściekły Nick” reż. Christian Alvart

Jeśli ktokolwiek sądzi, że fakt seansów „Wściekłego Nicka” jedynie w wybranych kinach studyjnych zwiastował jego wysoki poziom warsztatu i historii oraz twórczą esencję produkcji niezależnych – nic bardziej mylnego. Film Christiana Alvarta to do bólu schematyczna pozycja spod znaku akcji, karkołomnie operująca oklepanymi motywami tegoż gatunku. Przeciągnięty do prawie dwóch i pół godziny „Wściekły Nick” zawodzi na każdym polu – brak rozrywki i interesujących postaci to tylko jedna z licznych wad, o fatalnym zapleczu montażowy i operatorskim nie wspominając. Z drugiej strony tytułowy Nick to najbardziej nieudaczny bohater kina akcji od bardzo długiego czasu, a i sam Til Schweiger wypada blado na tle Stathama, Stallona czy Schwarzeneggera.

Strzałem w kolano dystrybucji było obarczenie filmu polskim tytułem, brzmiącym bliźniaczo podobnie co „John Wick” (data premiery „Nicka” pokrywała się z kontynuacją hitu z udziałem Keanu Reevesa) – starcie treści obu widowisk przypominało walkę „Star Wars Holidays Special” z „Ostatnim Jedi”.

Film trwał 2 godziny 20 minut, co tym bardziej dotkliwie raniło percepcję widza.

Til Schweiger

kadr z filmu „Wściekły Nick” reż. Christian Alvart

4. „Wściekłość” reż. Michał Węgrzyn

Doceniam starania – minimalny budżet, maksimum treści. Niestety, efekt końcowy przypomina tutaj skecz najbardziej gruboskórych gwiazd rodzimej estrady kabaretowej – pseudo-gag napisany na kolanie, tuż przed wejściem na scenę. Egzystencjalne dywagacje sięgają brukowego poziomu profanum. Całokształt zdjęć czy montażu w każdej scenie prosi o zatrudnienie osoby, która choć w kilku zdaniach (może nawet na rodzinnej uroczystości) zgłębiła tajniki kinematograficznej sztuki obsługi kamery.

W pewien sposób to film tak zły, że aż dobry – rodzaj rodzimego „The Room” czy „Trolli 2”. Szkoda, że twórcy ewidentnie kładli nacisk na ważny moralnie komentarz (cały film ma zresztą konwencję cztery lata młodszego „Locke’a”) – pod powierzchnią pretensji kryje się bowiem guilty-pleasure’owa sztolnia bez dna.

guilty pleasure

kadr z filmu „Wściekłość” reż. Michał Węgrzyn

3. „Pakt krwi” reż. Steven C. Miller

Film epatujący nieuzasadnioną przemocą, gubiący wątki, mnożący nic nie wnoszące postacie i sceny. Pakt krwi aspiruje do miana męskiego kina naładowanych giwer, napiętych bicepsów i braterskiej więzi silniejszej niż przestępczy półświatek. Niestety, poziom produkcji w każdym jej aspekcie woła o pomstę do nieba.

W odbiorze obrazu nie pomaga też fatalnie poprowadzona kamera. Momentami wydaje się, że operator, Brandon Cox, zapomniał zażyć leków na chorobę Parkinsona. Dodatkowo wszelkie niedoskonałości słabego sprzętu rejestrującego, próbowano ukryć w fazie postprodukcji, nakładając na obraz drażniące, przejaskrawione filtry, wysuwające na pierwszy plan jadowitą żółć. To czysto grindhouse’owy zabieg.

Leki operatora zażył za to Nicolas Cage. Co gorsze, prawdopodobnie je przedawkował.

Nicolas Cage

kadr z filmu „Pakt krwi” reż. Steven C. Miller

2. „Wszystko albo nic” reż. Marta Ferencova

Ranking najgorszych filmów danego roku nie obszedłby się bez uwzględnienia którejś z rodzimych komedii romantycznych. Przed długi czas sądziłem, że na haniebnym podium uplasują się „Porady na zdrady”. Później w moje ręce trafiła produkcja polsko-czesko-słowacka, dumnie nazywana przez twórców pikantną komedią romantyczną.

Przede wszystkim „Wszystko albo nic” jest upstrzone masą obraźliwych stereotypów. Homoseksualiści, wegetarianie, pazerne kobiety i złe korporacje – wszystko przedstawione zostaje w infantylnym świetle i nic tutaj nie bawi widzów. Twórcom wydaje się, że zbieranina stereotypów oraz dowcipy z rynsztoka stanowią receptę na kontrowersyjny humor dla dorosłych – pod ich natłokiem zatraca się cała bajkowa wizja miłości, której oczekiwał po tytule każdy koneser komedii romantycznych.

Przypadkowość fabuły „Wszystko albo nic” ma w sobie coś z pokrewnego – zdecydowanie antyromantycznego – nurtu porno.

kadr z filmu „Wszystko albo nic” reż. Marta Ferencova

1. „Botoks” reż. Patryk Vega

Zwycięzca mógł być tylko jeden…

Botoks” to choroba weneryczna polskiej kinematografii. Film obraźliwy zarówno dla kobiet, Polskiej Służby Zdrowia, jak i widzów w salach kinowych. Patryk Vega bawi się w tabloid, szokując w najmniej wyrafinowany z możliwych sposobów. W pewien sposób realizuje remake „Daleko od noszy” – wulgarny, szowinistyczny i lubieżny, w którym roi się od seksu, bluźnierstw i operacji plastycznych pochwy. Wszystko jest tutaj przerysowane, sztuczne i robione na siłę – byle tylko wyłudzić garść monet od zdeterminowanego widza. To festiwal żenady w najgorszej odsłonie.

Nekrofilia, aborcja, eutanazja, odcinanie głowy noworodkom – Patryk Vega cytuje nagłówki z najtańszych brukowców, dowodząc ich wiarygodności. Festiwal krwi i fekaliów obryzgany zostaje toną bluzgów i pornograficznych rozmów o seksie, tudzież poronieniu.

Pochwa, kurwa i poronienie – tyle można powiedzieć o najnowszym filmie Vegi.

Pełną recenzję filmu znajdziesz, klikając TUTAJ.

najgorszy film 2017 roku

kadr z filmu „Botoks” reż. Patryk Vega

JEŚLI JESTEŚ CIEKAW, KTÓRE FILMY DEBIUTUJĄCE NA EKRANACH POLSKICH KIN W 2017 ROKU ZASŁUGUJĄ NA WASZĄ UWAGĘ, ZAPRASZAMY DO DRUGIEGO RANKINGU: 

TOP 10 NAJLEPSZYCH filmów 2017 roku! Czym kino bogate – podsumowujemy!

Zobacz również

Kliknij aby skomentować

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Reklama

Polecane

Więcej z Rankingi