Znajdź nas na

Recenzje

RECENZJA: Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi

Gwiezdne Wojny dorosły. Nie patrzą już na świat przez pryzmat bieli i czerni, Dobra i Zła. Redefiniują wizerunek kultowych figur swojej franczyzy, zrywając z ich dotychczasową stygmatyzacją. Niestety, jest to dorosłość dosyć chaotyczna i beznamiętna – pozbawiona jawnych wymogów klasycznej narracji; skierowana bardziej do fanów, niż przypadkowych widzów. Jednych rozczaruje, drugich zachwyci – nikogo nie pozostawi obojętnym na ukazane zjawiska oraz socjologiczne idee.

Po silnym fundamencie wzniesionym w „Przebudzeniu Mocy”, fani liczyli na satysfakcjonujące rozwinięcie każdego z zarysowanych wątków. Tak też się dzieje – niestety, pewne decyzje scenarzysty i reżysera, Riana Johnsona, zawodzą. „Ostatni Jedi” rozwiewa wiele niedopowiedzeń, pisząc zupełnie nowy rozdział w historii „Gwiezdnych Wojen”. Z jednej strony zaakcentowany zostaje tutaj brud i niejednoznaczność „Łotra 1”, z drugiej do głosu dochodzą jaskrawe tonacje Epizodu VII.

Ostatecznie „Ostatni Jedi” nie jest tyleż Epizodem, którego pragnęliśmy, lecz którego potrzebowaliśmy.

W kinowej karierze gwiezdnej sagi Jedi przybrali idealistyczną stygmatyzację permanentnego dobra. Ich czyny i decyzje nie były dotąd kwestionowane. Konflikty zbrojne (oraz ideologiczne) przypominały partię szachów z biało-czarnymi figurami po dwóch stronach barykady. Barwa świetlnego miecza w całości charakteryzowała danego bohatera. Twórcy posiadali tyle problemów z naniesieniem na franczyzę kolorów szarości, że przejście Anakina Skywalkera z rycerza Jedi na zwolennika ciemnej strony Mocy w „Zemście Sithów” było wydarzeniem niemal automatycznym, obdartym z jakiejkolwiek formy psychologicznego podłoża (ku sromotnemu rozczarowaniu milinów miłośników na całym świecie).

Zupełnie inaczej sprawy wyglądają w „Ostatnim Jedi”. Tutaj otwarcie mówi się o zerwaniu bajkowego toposu dobra i zła. Zakon rycerzy Jedi nie składa się wyłącznie z żołnierzyków malowanych – o wiele bliżej im do mędrców, którzy dostąpili zaszczytu iluminacji (w tym przypadku: kontroli nad Mocą). Błądzą, w swoich rozważaniach odcinając się od idealistycznych wymogów wyznawanej religii. Pradawne księgi reguł i zasad okazały się utopią – w każdej opozycji szeroko rozumianego dobra i zła znajdują się subiektywne strony, na swój sposób interpretujące zaistniałe zdarzenia.

W XXI wieku kolor miecza przestaje mieć znaczenie. Współczesny widz nie wierzy już w naiwne ideały, dogmaty powstałe na bazie teorii z przeszłości. Doskonale zdaje sobie z tego sprawę Rian Johnson, wnikając głęboko w psychikę swoich bohaterów (z dużym naciskiem na Kylo Rena oraz Luke’a Skywalkera) – odzierając ich z przesadnych barw. Na tym fundamencie narodzi się nowy mit: jawny, realny i namacalny.

Przy tym wszystkim Rian Johnson podkreśla, że figura rycerzy Jedi w świadomości mieszkańców odległych galaktyk nie może być traktowana jako realna persona, heroicznie ratująca świat przed Złem (jak czyni to większość współczesnych superbohaterów). Bohaterowie powinni posiadać w świecie przedstawionym status legendy – ich historia musi być przekazywana z pokolenia na pokolenie, rodząc nadzieję w sercach mieszkańców każdej z planet.

Naturalnie, w ten sposób może dojść do zbyt heroicznego ukazania bohaterów. Nie dzieje się tak jednak na płaszczyźnie fabularnej – bohaterowie, których oglądamy błądzą, szukają własnej ścieżki na rozwiązanie problemów (niekiedy brutalnej i omylnej). Historia rycerzy Jedi, przekazywana ustnie pomiędzy mieszkańcami planet, popadnie w topologię, schematy emocjonalne i mentalne – to bohaterowie ukazani widzom w ich codziennym życiu są bardziej ludzcy. „Gwiezdne Wojny” nie są już klasyczną bajeczką o złym władcy, nieomylnym mentorze i walecznym wybrańcy.

Brak idealizacji wkrada się również na przestrzeń postępowania rebeliantów z Ruchu Oporu, podobnie jak miało to miejsce w „Łotrze 1”.

Szkoda, że tak błyskotliwa myśl nie zostaje poparta szczególnie wyrazistą historią. O ile „Przebudzenie Mocy” jawnie odwoływało się do „Nowej nadziei”, tak „Ostatni Jedi” opiera się na schematach „Imperium kontratakuje”. Nie jest tak wtórny, jak Epizod VII – przede wszystkim brakuje mu emocji. Johnson stworzył znakomitą historię, niestety, całokształt oparty został na jednej płaszczyźnie odczuć. W ten sposób żaden wątek czy konkretna scena nie zostaje odpowiednio zaakcentowana na przestrzeni całego widowiska. Szkoda, ponieważ bagaż emocjonalnym tym bardziej wpłynąłby na odbiór filmu.

Z drugiej strony w kilku sekwencjach poczuć można tchnienie Marvela – humor produkcji opiera się na gagach zaprezentowanych w MCU. O ile tym podobne dowcipy sprawdziły się w produkcjach o nadludziach w jaskrawych kostiumach, tak niekoniecznie współgrają one z konwencją „Gwiezdnych Wojen”. Często zaburzają dramatyzm historii, nie dopuszczając zbyt poważnych tonacji. Twórcy ze studia Disneya sięgają też po element z innej franczyzy realizowanej przez wytwórnię – Benicio del Toro, wcielający się w postać DJ-a, ulega wpływom manierycznego deppowanie, jakie wpisane zostało w charakter Jacka Sparrowa z „Piratów z Karaibów”.

No właśnie, bohaterowie to jeden z najciekawszych aspektów najnowszej odsłony gwiezdnej sagi. Nikt nie wykracza przed szereg, wyróżniając się na tle pozostałych postaci. Z drugiej strony żaden bohater nie zostaje pominięty przez scenarzystę, odgrywa mniej lub bardziej znaczącą rolę na przestrzeni wojny z Nowym Porządkiem. To bardzo ludzkie osoby – posiadające swoje wady i słabostki. Możliwe, że brak obarczenia poczuciem heroizmu i patosu zbliża ich do ludzi z krwi i kości, równocześnie oddalając od hollywoodzkich klisz.

Film posiadał kilka słabszych momentów – szczególnie tych związanych z postacią Snoke’a. Po dłuższych przemyśleniach warto zauważyć jednak, jak przełomowym filmem okazał się „Ostatni Jedi” – zarówno dla świata filmu, jak i franczyzy „Gwiezdnych Wojen”. Każdy bohater musi poradzić sobie z wewnętrznym rozdarciem – równocześnie zostają oni sprowadzeni do postawy everymana. Tym razem samotny rycerz Jedi nie zmieni losów galaktyki.

Biel i czerń pojednały się w przeciwnej fuzji, jaką staje się „Ostatni Jedi” – pomimo wielu informacji o filmie, chyba nikt nie spodziewał się tak frasującego dzieła. Kilka irracjonalnych motywów wchodzi w szranki z błyskotliwym piórem Riana Johnsona. Całokształt redefiniuje wizerunek serii.

To widowisko, do którego nie powinno podchodzić się na płaszczyźnie fabularnej, a problematycznej.

Moja ocena: 8/10

Film trafił na ekrany polskich kin 14 grudnia.

Zobacz również

Kliknij aby skomentować

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Reklama

Polecane

Więcej z Recenzje