Znajdź nas na

Recenzje

RECENZJA: Totem

Choć Jakub Charon nie próbuje obnażyć mrocznych kulisów brutalnego świata gangsterów (na tą niebywałą przyjemność przyjdzie nam poczekać do lutego, gdy światło dzienne ujrzą „Kobiety mafii”), jego film ogląda się równie męcząco, co „Botoks”. Poprzez paranoiczną pracę kamery twórca próbuje ukryć nieudolną grę aktorską polskich raperów, występujących w „Totemie” – niestety, idąc za ciosem ukryciu ulega cała linia fabularna. Nieudolność techniczna skutkuje tytułem nieczytelnym, drażniącym percepcję odbiorcy.

Jakub Charon najpierw napisał książkę „Totem” (premiera: 22 listopada bieżącego roku), równocześnie decydując się przerobić ją na scenariusz i wyreżyserować film (jakby tego było mało nasz człowiek renesansu zajął się również montażem). Tak autorskie projekty rzadko kończą się powodzeniem, by przypomnieć chociażby „Wszystko albo nic” (w tym wypadku Eva Urbaníková nie spróbowała na szczęście sama złapać za kamerę). Innym tytułem, który słusznie przychodzi mi do głowy, jest „The Room” Tommy’ego Wiseau.

Z drugiej strony w działaniu Charona można doszukiwać się ciekawego zabiegu marketingowego – „Totem” jest na tyle nieczytelny, że część widzów może skusić się na kupno książki, by w pełni zrozumieć fabułę produkcji.

Seksowne kobiety, ciężkie narkotyki i tłuste bity. Twórca ani na moment nie kryje się z faktem, do jakiego odbiorcy skierowana jest treść produkcji. Nieprzypadkowo w filmie wystąpił też raper Sobota oraz celebryta Popek (dumnie ogłaszany w każdym materiale reklamowym, w samej historii pojawia się na – dosłownie – 5 sekund, nie wygłaszając przy tym żadnej kwestii). Sama fabuła (na tyle, na ile udało mi się to wydedukować) ilustruje główne przesłania ulicznego rapu, opowiadając o przestępczym życiu, braniu narkotyków i generalnym weltschmerzu.

I nie byłoby w tym nic złego – ot, pulpa o gangsterach, jakich wiele – gdyby twórcy nie zdecydowali się na bardzo awangardowe opowiedzenie całej historii.

„Totem” nakręcony został za pomocą kamery z ręki. To prawdopodobnie najbardziej niewyraźny tytuł, jaki kiedykolwiek powstał w Polsce. Owszem, rozumiem niski budżet produkcji – oko kamery ma za zadanie ukryć pewne niedociągnięcia obrazu. Niestety, trudno wytrzymać na seansie, gdy obraz zachowuje się jak mała łódka targana potężnym tajfunem. Na próżno doszukiwać się tutaj subtelnego języka kina – film w żadnym stopniu nie równa się „Synowi Szawła” ani innym tytułom, zrealizowanym w podobnej technice.

Ciężko też ocenić jakość dialogów, gdyż w pełni zrozumiała jest tylko 1/3 kwestii – w pozostałej części aktorzy mamroczą coś pod nosem lub ich wypowiedzi zagłuszane zostają zbyt głośną ścieżką muzyczną. Mamrot wybrzmiewa nawet wtedy, gdy chodzi o kluczowe motywy historii – wyraźnie padają wyłącznie przekleństwa.

Szkoda, ponieważ sama historia zapowiadała się całkiem obiecująco. Wycieczka w przestępczy półświatek mogła okazać się przyjemnie intensywnym przeżyciem, gdyby Jakub Charon choć w minimalnym stopniu spróbował dopasować się do kinematograficznych standardów.

W niczym nie pomogło obsadzenie ról ludźmi zaznajomionymi z tematyką ostrej amunicji i surowej mafii. Faktycznie, wypadają oni wiarygodnie, jednak sam scenariusz to zbieranina pojedynczych scen, trudno łącząca się w tok przyczynowo skutkowy. Czyżby twórca zainspirował się ostatnim dziełem Kasi Rosłaniec („Szatan kazał tańczyć”) i również postanowił skonstruować film na wzór kostki Rubika?

Niestety, całość jawi się jako bardzo źle zrealizowany kolaż „Pushera” i „Las Vegas Parano” – przynajmniej tyle udało mi się wyczytać z obrazu.

Moja ocena: 1/10

Zobacz również

Kliknij aby skomentować

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Reklama

Polecane

Więcej z Recenzje