Znajdź nas na

Recenzje

RECENZJA: Slumber

Coraz trudniej pisać mi o horrorach ghost story, które masowo trafiają na ekrany multipleksów. To prawdopodobnie najbardziej wtórny nurt w światowej kinematografii. Jedynym twórcą, który potrafi nadać mu choć odrobinę świeżości jest James Wan („Naznaczony”, „Obecność”). Niestety, to nie on stanął za kamerą „Slumbera”.

Scenopisarski i reżyserski debiut Jonathana Hopkinsa nie posiada w sobie ani grama oryginalności. Cała fabuła opiera się na kliszach, a widz, który wcześniej widział „The Ring”, „Klątwę” czy chociażby „Babę Jagę” od pierwszych scen odkryje zawartość „Slumbera”. Klisza dominuje w narracji, ale i w postaciach – do każdej z nich zastosowano tę samą foremkę kreacyjną, co przy klasyku kina grozy, „Egzorcyście”. To stwierdzenia brzmiałoby wartościująco, gdyby po podobny zestaw nie sięgał każdy twórca współczesnych historii o duchach i upiorach.

Sam koncept wydawał się ciekawy. Tym razem źródło grozy godziło w lęk przed snem – momentem, gdy człowiek traci świadomą kontrolę nad własnym ciałem. Niestety, fabuła szybko porzuca psychologiczne dywagacje nad problemem lunatyzmu oraz paraliżu sennego, na rzecz kolejnego komputerowego upiora, który przejmuje władzę nad dzieckiem. Rodzina jest przerażona, łóżko porusza się na mocy paranormalnej aktywności – schematy idą w ruch.

Naturalnie, nie jestem przeciwnikiem klisz, bowiem na nich kino stoi. Istnieje jednak różnica między sprytną, postmoderniczną zabawą schematami (np. „Śmierć nadejdzie dziś” jako wariacja nad slasherem), a stosowaniem jawnych kopii z poprzednich produkcji. Jeszcze gorzej, gdy dzieje się tak od co najmniej dekady. Te zabiegi nie straszą już nikogo.

Wcześniej powołałem się na twórczość Jamesa Wana – oczywiście, nie jest on odkrywczy w tym, co tworzy, jednak doskonale czuje konwencje wykorzystywane w kinie grozy. Nic dziwnego zatem, że franczyza „Obecności” otrzymała swój własny kinowy świat, do którego „Slumber” próbuje się odnieść. W filmie ujrzymy bowiem postać Alice Arnolds (Maggie Q), doświadczonej w walce z nocnymi marami – jej naukowa wiedza zostanie skonfrontowana z paranormalnymi wydarzeniami. Charakterologia bohaterki ewidentnie inspirowana jest małżeństwem Warrenów z serii Jamesa Wana.

Najbardziej drażniąca wydaje się wtórna, groźna ścieżka dźwiękowa – identyczna, jak w każdym innym horrorze niskiego budżetu, produkowanym przez amerykańskie koncerny filmowe. W rytm jej taktów rozrasta się gigantyczny chaos fabularny, wieńczący seans „Slumbera” – wciągający resztę kreatywnej wizji twórców, pozostawiając zgliszcza niewykorzystanego potencjału.

„Slumber” jest filmem do bólu przewidywalnym – bez krzty innowacji czy świeżego spojrzenia na popkulturowy wizerunek ducha, pukającego do drzwi klasycznej rodziny niższej klasy społecznej. Klisze męczą, wtórność nudzi, a nieumiejętność twórców bawi – po co marnować sobie czas na film, o którym zapomnicie na drugi dzień po odbytym seansie?

Moja ocena: 3/10

Film gości na ekranach kin od 10 listopada.

Zobacz również

Kliknij aby skomentować

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Reklama

Polecane

Więcej z Recenzje

  • RECENZJA: Coco

    „Coco” niechybnie odstaje od poprzednich produktów współpracy Disneya z Pixarem (by wspomnieć fantastycznego „WALL-EGO”...

  • RECENZJA: Liga Sprawiedliwości

    Gdyby Joss Whedon w porę nie przejął „Ligi Sprawiedliwości”, film stałby się kolejną po...

  • RECENZJA: Listy do M. 3

    „Listy do M. 3” są… przyjemne! Tylko tyle i aż tyle. Szczególnie, gdy rodzimy...

  • RECENZJA: Suburbicon

    Jeśli za sprawą zwiastunów spodziewaliście się, że „Suburbicon” będzie szalonym odpowiednikiem „American Psycho”, osadzonym...