Znajdź nas na

Recenzje

RECENZJA: Suburbicon

Jeśli za sprawą zwiastunów spodziewaliście się, że „Suburbicon” będzie szalonym odpowiednikiem „American Psycho”, osadzonym w społeczeństwie amerykańskiej klasy średniej – nic bardziej mylnego. To mdła satyra, nieudolnie czerpiąca z konwencji kina braci Coen. Momentami wydaje się wręcz, że George Clooney chciał po prostu spędzić trochę czasu ze swoimi przyjaciółmi po fachu – wszystko pod pretekstem realizacji filmu.

„Suburbicon” to przede wszystkim fabularny chaos – dzieło niespełnione dramaturgicznie i fabularnie. Twórcy w satyryczny sposób próbowali podejść do tematu american dream oraz w cyniczny sposób ukazać rozpad społeczeństwa, targanego nienawiścią i nałogiem dolara. Niestety, całość rozpada się na drobne elementy, a wszystko za sprawą reżyserskiej nieudolności Clooneya i fatalnej kreacji Matta Damona.

Szkoda, bowiem projekt zapowiadał się intrygująco. Na stanowisku scenarzystów zasiedli bracia Coen (których reputacja w autorskich kręgach Hollywoodu nie podlega spekulacjom), Grant Heslov, odpowiedzialny wcześniej za doskonale słodko-gorzkiego „Człowieka, który gapił się na kozy” oraz on… George Clooney. Zbyt wielu autorów (w tym wyróżniający się styl wspomnianego duetu) tworzy dzieło nie potrafiące odnaleźć autonomicznej estetyki i konwencji.

Pierwsze sceny filmu narzucają satyryczną percepcję na ukazaną historię. Cóż z tego, skoro kolejne sekwencje skutecznie eliminują cyniczny obraz Stanów Zjednoczonych sprzed kilku dekad, mający cechować „Suburbicon”. Duża w tym wina klisz – a raczej sposoby, jakimi radzi sobie z nimi George Clooney. Ich przerysowany charakter w żadnym razie nie oddaje parabolicznego wymiaru historii – bardziej wrzuca ją do brudnego worka pulpowych kryminałów.

Z jednej strony obserwujemy tutaj przemianę kina, które w okresie lat 70. weszło na przestępczą ścieżkę. Wraz ze zniesieniem obyczajowej cenzury w postaci konserwatywnego Kodeksu Haysa, do głosu doszli nowi twórcy – w filmach zaczęła występować przemoc i seks. Jednym z pierwszych reżyserów, realizujących niegrzeczne widowiska gatunku gangsterskiego był Martin Scorsese. Nieprzypadkowo w „Suburbiconie” znalazł się zatem wątek makaroniarzy od brudnej roboty, tak znany z filmów wspomnianego twórcy.

Autotematyzm względem medium – kina – dotyka tu również zagadnienia nostalgii. Ostatnimi czasy w popkulturze zauważyć można retro trend, bazujący na tęsknocie za pewną epoką, która nigdy nie powróci. Twórcy podkreślają, iż okres lat 60. wydaje się obecnie zbyt wyidealizowany – społeczeństwo zapomniało o fali rasizmu oraz gwałtownym wzroście przestępczości, cechującym tamte czasy. Niestety, w „Suburbiconie” motyw demitologizacji nostalgii widzów pojękuje cicho pod stertą nudy.

Równocześnie jest to drugi film w przeciągu tygodnia, który trafia na ekrany polskich kin, dotykając tematu rozpadu rodziny nuklearnej (wcześniej taki motyw pojawił się „Mother!” Aronofsky’ego). Kolejnym morderstwom przygląda się najmłodszy członek zwyczajnej familii ze zwyczajnego osiedla – dorośnie, wychowany na poletku nienawiści, przemocy oraz braku więzi z kimkolwiek. W pewien sposób stanowi on synekdochę współczesnego społeczeństwa, przyzwyczajonego do brutalności i oszustwa.

Cała historia skupia się na amerykańskiej klasie średniej. Nie jest to pierwszy sygnał twórców zza Oceanu, w którym informują, że źle się dzieje w tamtych kręgach. Traumatyczna egzystencja ludzi na przedmieściach ukazana została wcześniej m.in. w „Domu wygranych” czy we franczyzie „Sąsiadów”. American nightmare zaczyna trawić społeczeństwo.

Niestety, pomimo wielu intrygujących kontekstów, „Suburbicon” bardziej męczy niż bawi. Choć ekran co chwila rozświetla któraś z amerykańskich gwiazd (Julianne Moore, Oscar Isaac, Karimah Westbrook), to nawet oni nie są w stanie zapobiec nieuchronnej katastrofie scenariusza – zwłaszcza, gdy w scenie pojawia się Matt Damon, całkowicie wyprany z jakiejkolwiek formy charyzmy. Satyra przemienia się w banał, a kryminał w koszmar – nad wszystkim króluje tylko znakomita scenografia.

Już wcześniejszy film Clooneya – „Obrońcy skarbów” – nie spotkał się z ciepłym przyjęciem ze strony widzów i krytyków. Podobnie jest z „Suburbiconem”. Filmowiec musi poważnie zastanowić się, po której stronie ekranu powinien się znaleźć.

Moja ocena: 4/10

Zobacz również

Kliknij aby skomentować

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Reklama

Polecane

Więcej z Recenzje

  • RECENZJA: Coco

    „Coco” niechybnie odstaje od poprzednich produktów współpracy Disneya z Pixarem (by wspomnieć fantastycznego „WALL-EGO”...

  • RECENZJA: Liga Sprawiedliwości

    Gdyby Joss Whedon w porę nie przejął „Ligi Sprawiedliwości”, film stałby się kolejną po...

  • RECENZJA: Slumber

    Coraz trudniej pisać mi o horrorach ghost story, które masowo trafiają na ekrany multipleksów....

  • RECENZJA: Listy do M. 3

    „Listy do M. 3” są… przyjemne! Tylko tyle i aż tyle. Szczególnie, gdy rodzimy...