Znajdź nas na

Recenzje

RECENZJA: Mother!

Darren Aronofsky nigdy nie słynął ze subtelności, czego dowodem może być jego najnowszy tytuł. Choć „Mother!” ubrana zostaje w ramy art house’owgo horroru, twórca stara się wyrazić poprzez jej treść wiele społecznych i teologicznych rozważań. Zbyt wiele. Tym bardziej, że poziom meta zawieszony zostaje pomiędzy łopatologią figuratywności kina komercyjnego a zaangażowaną produkcją artystyczną. Niedzielny widz wychodzi z seansu skołowany – wysublimowany kinoman, z nutą zniesmaczenia.

„Mother!” staje się dziełem tyleż wielopłaszczyznowym, co lirycznym bełkotem twórcy wchłoniętego przez komercyjne koncerny filmowe. Z jednej strony obserwujemy tutaj znane nazwiska, przyciągające do kin rzesze fanów. Z drugiej, ukazana historia do gigantyczna, wieloaspektowa parabola. Niestety, brak dyskrecji, którym cechowało się chociażby „Requiem dla snu”, nie sprawdza się w historii o rozpadzie rodziny i wyrodnym Bogu. Tym bardziej, gdy całość przyprawiona zostaje szczyptą pretensji ze „Źródła”.

Niczym w „Dziecku Rosemary” sprzed połowy wieku, obserwujemy tutaj rozpad rodziny nuklearnej. Nadrzędną metaforą staje się dom – w filmie ukazany jako żywa przestrzeń, stale transformująca się, nierzeczywista. Na tej płaszczyźnie należy dostrzec rozgraniczenie między angielskim słowem house (dom jako budynek) oraz home (dom jako pojęcie zakorzenione w świadomości). Niestety, polski język posiada jedno określenie, przyporządkowane do obu wyrazów, przez co seans „Mother!” może wydawać się tym bardziej łopatologiczny.

Takie rozgraniczenie obrazuje bowiem światopogląd i ideologię ukazanego małżeństwa. Matka dba o swój home, remontując go i odbudowując ze zgliszcz pożaru – jak sama wyznaje, chce uczynić z niego Raj. On traktują house wyłącznie w aspekcie czterech ścian i dachu, zapraszając do środka kolejnych obcych ludzi. Ci stopniowo wnikają w infrastrukturę domu, zniekształcając go i niszcząc.

Ostatecznie matka nie ma żadnego wpływu na wydarzenia, które rozgrywają się w budynku – postawiona zostaje w postaci biernego przedmiotu. Widz ogląda ukazane zdarzenia z jej perspektywy. Kobieta czuje się obco we własnym domu, tym bardziej, że wraz z nadejściem gości zdjęta zostaje z niego meta fasada home. Na modłę Kafki, budynek staje się żywą przestrzenią, stale transformującą się i przekształcającą. Widz/protagonistka każdorazowo czuje się obco, przechodząc z jednego pomieszczenia do drugiego.

Aronofsky zasłynął z wprowadzania abstrakcyjnej przestrzeni na granicę surrealizmu (m.in. w swoim debiucie, „Pi”) – jednak za każdym razem wyraźnie podkreślał realny aspekt świata przedstawionego. W „Mother!” całokształt produkcji ginie w kolejnych metaforach i przesłaniach, ani na moment nie wkraczając w ramy szeroko rozumianego realizmu.

Goście, odwiedzający parę bohaterów, trawieni są grzechami, głównie nałogami – obrazują zatem uzależnienia (palenie, alkohol), które od środka trawią instytucję rodziny. Pojawiają się wyłącznie wtedy, gdy On dobrowolnie zaprosi ich do swojego życia.

Małżeństwo kilkukrotnie nachodzone zostaje przez gości. Prócz klarownego symbolu wtargnięcia w życie rodzinne niechcianych podmiotów, postacie te obrazują również teologiczne toposy wiary chrześcijańskiej. Już wcześniejszy wybryk Aronofsky’ego, „Noe”, wchodził w jawny, nieco cyniczny dialog z Biblią. Również w „Mother!” możemy zaobserwować wizję religii, prezentowaną przez autorskie kino Aronofsky’ego.

Poprzez wprowadzenie dyskursywnego Adama, Ewy oraz ich dzieci – Kaina i Abla – twórca podkreśla, iż kulturowa wizja rozpadu rodziny sięga czasów Księgi Rodzaju.

Późniejsze wydarzenia krytykują, a wręcz parodiują Nowy Testament, tym samym obrazując swoiste credo Aronofsky’ego. Krytycyzm, nie sięga jednak tyleż chrześcijańskich dogmatów, co Kościoła oraz jego sakralnych tradycji – zdaniem twórcy one również rozrywają, może nie rodzinę, lecz całe społeczeństwo.

Równocześnie wyróżnić można trzecią płaszczyznę, najbardziej przyziemną ze wszystkich, do tej pory wspomnianych. „Mother!” opowiada również o trudach mieszkania z artystą, sławną osobą. W tym kontekście Matka posiada w sobie cząstkę Zofii Beksińskiej z „Ostatniej rodziny”. Czuje się obco w obecności artystycznego półświatka męża; przeraża ją brak jakiejkolwiek formy intymności – ta zabrana zostaje przez wiernych fanów jej partnera.

Momentami można zauważyć tutaj pewien rodzaj narodzin wodza – początków totalitarnego ruchu, korespondującego z komunizmem. Aronofsky delikatnie zazębia wszystkie motywy: rodzina, religia, polityka – każdy wątek targany jest niepokojem, wizją nieuchronnej katastrofy.

Poziom trwogi tym bardziej wzbogacony zostaje formą obrazu. Drażniący dźwięk, ziarniste filtry, kulawe kadry wpływają na percepcję odbiorcy. Widz czuje się tym bardziej niekomfortowo, gdyż seans w dużej mierze składa się z bliskich zbliżeń na twarze aktorów. I tylko w tym aspekcie „Mother!” stricte zahacza o gatunkowe kino grozy.

„Mother!” staje się fabularnym węzłem, trudnym do odsupłania nawet po zakończeniu seansu. Wizja twórcy, mówiącym o Stwórcy jest dość klarowna – pomimo to wszystko wydaje się unosić tutaj w abstrakcyjnym letargu metafizycznym, na kilka cali nad rzeczywistą fabułą filmu. To rodzaj wiersza, którego każda strofa opowiada o innym społecznym aspekcie – ostatecznie tylko refren stara się ukierunkować widza w odpowiednie tropy interpretacyjne.

Podobnie jak u Larsa von Triera, natężenie symboliki sprawia tutaj, iż każdy widz na swój sposób odczyta „Mother!”. Seans potraktować można zatem jako intrygującą łamigłówkę erudycyjną.

Moja ocena: 6/10

„Mother!” od 3 listopada dostępne jest w multipleksach oraz dobrych kinach studyjnych.

Zobacz również

Kliknij aby skomentować

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Reklama

Polecane

Więcej z Recenzje

  • RECENZJA: Wyspa Psów

    Chyba nikogo nie trzeba przekonywać, że Wes Anderson znakomitym reżyserem jest. Twórca wypracował swój...

  • RECENZJA: Pitbull. Ostatni pies

    Pitbull nadal gryzie, choć Władysław Pasikowski stępił przaśne pazurki dwóch wcześniejszych odsłon na rzecz...

  • czarna pantera, film, superbohater, marvel, postać, film, widowisko, wakanda, uniwersum, postać, MCU czarna pantera, film, superbohater, marvel, postać, film, widowisko, wakanda, uniwersum, postać, MCU

    RECENZJA: Czarna Pantera

    Marvel miażdży konkurencję! Kinowe uniwersum DC, nawet najnowsze odsłony franczyzy X-Men – nic nie...

  • RECENZJA: Nowe oblicze Greya

    Społeczny fenomen na skalę globalną powraca. Tytuł oferujący równie dużo komercyjnej perwersji, co karkołomnego...