Znajdź nas na

Recenzje

RECENZJA: Stranger Things – sezon 2 [NETFLIX]

2. sezon “Stranger Things” wytycza znany szlak poprzez krainę magii i nostalgii lat ’80. Intertekstualny tobołek pęka od natłoku nawiązań do innych tytułów popkultury (wykraczającej poza medium kina i VHS) – najgłośniej, jak zawsze, klaszczą fani twórczości Stephena Kinga. Niestety, każdy, kto przez rok oczekiwał kolejnych odcinków znakomitego serialu, może poczuć nutkę rozczarowania. Nowe epizody właściwie nie rozwijają bohaterów produkcji, ich przygody są wtórne i chaotyczne – szatkujące serial pustymi wątkami bez pointy. Z drugiej strony żal byłoby ponownie nie spotkać fantastycznych postaci z 1. sezonu.

O ile pierwszy cykl liczył osiem odcinków, tak jego kontynuacja rozciąga się do dziewięciu. Czy dodatkowy epizod był potrzebny? W najmniejszym stopniu – 2. sezon „Stranger Things” spokojnie poradziłby sobie, streszczając fabułę w pięciu epizodach. Niektóre wątki wręcz proszą się o gwałtowne przerwanie i skupienie na przewodniej historii, z pogranicza horroru, SF, dramatu familijnego i prozy Kinga.

Na tej płaszczyźnie wielu widzów i krytyków zarzuca produkcji zupełnie chybiony epizod 7. – w całości poświęcony Nastce. Faktycznie, wprowadza on moment konsternacji swoją autonomicznością i oderwaniem od dotychczasowej konwencji. Na szczęście, okazuje się spełnionym doznaniem. Jako jedyny w pełni rozwija świat przedstawiony, poszerzając go o nowe miejsca, bohaterów nieznanych wcześniej w „Stranger Things”. Cały odcinek znakomicie igra ze stylistyką kina superbohaterskiego oraz hiperbolizowanym stylem życia w nucie punk.

Każdy bohater obarczony zostaje autonomiczną historią, niekiedy prowadzącą donikąd, w głąb pustych czeluści obcego wymiaru zwanego nudą. Ich nagromadzenie niszczy spójność „Stranger Things”, zaburzając dramaturgię fabuły. Tym bardziej, że niewiele zmienia się tutaj w stosunku do poprzedniego sezonu. Widz posiada nieodparte uczucie stagnacji postaci oraz świata – rozwija się i ewoluuje wyłącznie postać Nastki i Willa. Niektóre motywy w drażniący sposób pozostają w bliźniaczym podobieństwie do poprzednich epizodów, choć wcześniej twórcy ukierunkowali naszą percepcję w zupełnie inny sposób (chodzi mi głównie o romantyczne pary).

Ratując widza przed nieuchronnym i śmiertelnym tchnieniem Demogorgona – nudą – twórcy wprowadzają do produkcji nowych bohaterów. Niestety, pomimo intrygującego pomysłu wyjściowego (Billy – metal, laluś, łamacz serc; Max – chłopczyca), bohaterowie ci plasują się gdzieś na marginesach produkcji, odporni na jakąkolwiek formę ekspozycji oraz rozwinięcia. Gdy w końcu poznajemy przeszłość tajemniczego duetu, banalność wątku uderza z mocą prawego sierpowego wprawnego boksera. Niesmak pozostaje niemal do końca, tym bardziej, że Max zaprzyjaźnia się z czwórką chłopców, automatycznie stając się jednym z protagonistów serii.

Jedyną postacią, kradnącą uwagę odbiorcy od pierwszych scen 2. sezony, jest Bob – fajtłapa o gołębim sercu. Naturalnie, napisany na modłę klisz popkulturowych sprzed trzech dekad, ale za taką konwencję fani pokochali przecież cykl.

„Stranger Things” to nadal dobry serial – niestety, w piątym odcinku 1. sezonu cała narastająca aura tajemnicy zostaje gwałtownie rozwiana, poprzez uzyskanie odpowiedzi na trapiące pytania. Wszystkiemu winne jest zbyt szybkie wyjaśnienie tajemniczych zjawisk z okolic miasteczka. W 2. sezonie widz, zaznajomiony z tematyką serii, nadal kibicuje bohaterom w ich międzywymiarowej walce. Niestety, doskonale zdaje sobie sprawę z przyczyny zagrożenia. Twórcy, bazując na podstawowych motywach z poprzedniej odsłony, bezlitośnie mordują aurę tajemnicy już w zarodku.

Zresztą nostalgia wymyka się z ram przyjemnej tęsknoty za czasem minionym. Widz niekiedy wydaje się być zmuszony do rzewnych wspomnień – o wiele naturalniej wyszło to braciom Duffer w poprzednim sezonie. 2. sezon „Stranger Things” jest tyleż kontynuacją, co swoistym remake’iem – niektóre wątki wybrzmiewają w niemal identyczny sposób, częstując przy tym widza odgrzanym kotletem. Również nostalgia nie tyle wybrzmiewa, co narzuca się odbiorcy.

Czytając moją recenzję można odnieść wrażenie, że bezlitośnie znęcam się nad nowymi odcinkami serialu, nurzając je w kadzi z błotem. Nic bardziej mylnego – kontynuacja serii to kolejna perełka Netflixa, podkreślająca wyczucie braci Duffer do amerykańskich tęsknot oraz kiczu popkultury lat ’80 (jak zawsze najlepsze okazują się odcinki wyreżyserowane przez wspomniany duet).

W 2016, zaraz po zakończeniu pierwszego sezonu zaznaczyłem datę premiery kolejnego (dałem twórcom mniej-więcej rok na jego produkcję). Codziennie wyrywałem kartkę z kalendarza, przybliżając się do rozpoczęcia 2. sezonu. Gdy tylko pojawił się w ramówce Netflixa, od razu zasiadłem przed ekranem.

Cóż, tęsknota i nuta nostalgii, którą darzę 1. sezon „Stranger Things” delikatnie zepsuła mi seans nowych epizodów. Ach, ta nostalgia…

Moja ocena: 7/10

ZOBACZ INNE ARTYKUŁY, ZWIĄZANE Z SERIALEM „STRANGER THINGS”:

Zobacz również

Kliknij aby skomentować

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Reklama

Polecane

Więcej z Recenzje

  • RECENZJA: Wyspa Psów

    Chyba nikogo nie trzeba przekonywać, że Wes Anderson znakomitym reżyserem jest. Twórca wypracował swój...

  • RECENZJA: Pitbull. Ostatni pies

    Pitbull nadal gryzie, choć Władysław Pasikowski stępił przaśne pazurki dwóch wcześniejszych odsłon na rzecz...

  • czarna pantera, film, superbohater, marvel, postać, film, widowisko, wakanda, uniwersum, postać, MCU czarna pantera, film, superbohater, marvel, postać, film, widowisko, wakanda, uniwersum, postać, MCU

    RECENZJA: Czarna Pantera

    Marvel miażdży konkurencję! Kinowe uniwersum DC, nawet najnowsze odsłony franczyzy X-Men – nic nie...

  • RECENZJA: Nowe oblicze Greya

    Społeczny fenomen na skalę globalną powraca. Tytuł oferujący równie dużo komercyjnej perwersji, co karkołomnego...