Znajdź nas na

Recenzje

RECENZJA: Emotki. Film

10 % pozytywnych recenzji, przydzielonych „Emotką. Film” na portalu Rotten Tomatoes, jest wynikiem z pewnością przesadzonym. Animacja nie jest zła, a szkodliwa. Widowisko stanowi gigantyczną reklamę smartfonów, aplikacji oraz mediów społecznościowych, skierowaną w stronę małoletniego widza. Na szczęście historia opowiedziana zostaje w monotonny sposób, który nie zachęci żadnego dziecka do sięgnięcia po zaprezentowaną technologię – chyba że podczas seansu, dla zabicia nudy.

Produkcje powstałe przy współpracy Walta Disneya z Pixarem zasłynęły już z osadzania fabuły w ciekawych uniwersach. Za każdym razem chodzi jednak o zaprezentowanie intrygującej historii, okraszonej ważną problematyką – wizualna otoczka ma na celu przykuć uwagę młodszego odbiorcy oraz stanowić alternatywę wobec trawestowanych klisz kina postmodernistycznego.

„Emotki” studia Sony Pictures Animation starają się podpiąć pod sukces widowisk od współczesnego giganta animacji. Film to nachalna kopia „Ralpha Demolki” (wszechświat wewnątrz cyfrowego medium) i „W głowie się nie mieści” (bohaterowie jako zobrazowanie ludzkich emocji). Niestety, twórcom kończą się pomysły już po dziesięciu minutach trwania seansu.

Na wstępie scenarzyści, Tony Leondis, Eric Siegel i Mike White, bardzo konsekwentnie podchodzą do problematyki uzależnienia od telefonów, tak powszechnego wśród dzisiejszej młodzieży. Nie dajcie się jednak zwieźć – to cyniczny i hipokrytyczny żart. W rzeczywistości „Emotki” składają się na serię reklam programów i aplikacji, luźno powiązanych ze sobą banalną fabułą o młodym dziwaku, który musi ocalić świat (czytaj: uniwersum wewnątrz komórki) przed usunięciem. Motyw wybrańca, tak częsty w widowiskach dla dzieci, tutaj ograny zostaje w najbanalniejszy sposób – byle tylko twórcom udało się wpleść do fabuły motyw YouTube’a czy innej aplikacji.

Hipokryzja twórców rzuca się w oczy najbardziej, gdy pod koniec seansu główny bohater wyznaje miłość swojej wybrance serca właśnie za pomocą wiadomości tekstowej i tytułowych emotek. Później, poprzez smartfona dokumentuje wspólne chwile spędzone z dziewczyną. Od krytyki po apogeum superlatywów – każdy motyw filmu wydaje się nieprzemyślany, zmierzający w próżnię, do kosza.

Badając problematykę współczesnych mediów społecznościowych czy psychologię millenialsów, trio scenarzystów powinno zdawać sobie sprawę z krótkotrwałych mód i jednotygodniowych trendów, którymi cechują się popularne platformy internetowe oraz target małoletniego internauty. Zamiast aplikować do dzieła choć krztę uniwersalnego materiału, twórcy wykorzystują zabawne nagranie z YouTube’a sprzed kilku sezonów – dawno zapomniane w odmętach sieci. Reszta fabuły aż roi się od podobnych wpadek czy scenopisarskich niedociągnięć.

Już sama warstwa dubbingu świadczy, że „Emotki” miały stać się chwilowym trendem – głośną reklamą, która ściągnie do kin jak najwięcej odbiorców, a nie kultowym tytułem, wartym zapamiętania. W oryginalnej wersji swojego głosu filmowym postaciom użyczyli znani amerykańcy youtuberzy (polska dystrybucja kultywowała ten zabieg, zapraszając do współpracy m.in. Stuarta Burtona, Marcina Dubiela i Jana Dąbrowskiego – ci spisali się zadziwiająco dobrze).

„Emotki” łapią dzień – a raczej portfele rodziców, którzy postanowili wybrać się na film ze swoimi milusińskimi (pojawia się w nim ulubiony youtuber dziecka, więc seans jest obowiązkowy).

Niestety, trudno nawet stwierdzić, dla jakiej grupy odbiorców skierowana została animacja. Żarty wypadają zbyt infantylnie dla dorosłych – intertekstualne aluzje do programów czy języka informatyków nie sprawdzają się wśród najmłodszych. Zamiast przeplatać i łączyć ze sobą treść skierowaną dla obu środowisk – jak miało to miejsce np. w „Shreku” – twórcy stawiają gruby mur pomiędzy dwoma pokoleniami odbiorców. Z drugiej strony nie wiadomo, czy szeroko rozumiany target dziecka obejmuje tutaj gimnazjalistów (7. i 8. klasę podstawówki, jak kto woli), licealistów czy młodzież wczesnoszkolną.

Czy jest się chociaż z czego śmiać? Wprowadzanie kolejnych emotikonek skupia na sobie cały żart filmu – kiedy na ekranie pojawia się ikonograficzne zobrazowanie kupy, pada hasło w kupie siła. I tak, humor produkcji w całości zostaje skonstruowany na tym podobnych sucharach drugiego sortu – bardziej żenujących, niż bawiących.

„Emotki. Film” to fabularny mętlik, starający się udowodnić, że niesie za sobą więcej treści, niż lokowanych produktów – nic bardziej mylnego. Produkcja z każdą kolejną sceną traci pomysł na siebie. Również emocje odbiorców w stosunku do twórców stają się bardziej antagonistyczne, im bliżej jest do napisów końcowych. Tak nieciekawego uniwersum jeszcze nie widzieliście.

Moja ocena: 2/10 🙁

„Emotki. Film” trafiły do polskich kin 13 października. Dostępny w multipleksach oraz dobrych kinach studyjnych.

Zobacz również

Kliknij aby skomentować

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Reklama

Polecane

Więcej z Recenzje

  • RECENZJA: Wyspa Psów

    Chyba nikogo nie trzeba przekonywać, że Wes Anderson znakomitym reżyserem jest. Twórca wypracował swój...

  • RECENZJA: Pitbull. Ostatni pies

    Pitbull nadal gryzie, choć Władysław Pasikowski stępił przaśne pazurki dwóch wcześniejszych odsłon na rzecz...

  • czarna pantera, film, superbohater, marvel, postać, film, widowisko, wakanda, uniwersum, postać, MCU czarna pantera, film, superbohater, marvel, postać, film, widowisko, wakanda, uniwersum, postać, MCU

    RECENZJA: Czarna Pantera

    Marvel miażdży konkurencję! Kinowe uniwersum DC, nawet najnowsze odsłony franczyzy X-Men – nic nie...

  • RECENZJA: Nowe oblicze Greya

    Społeczny fenomen na skalę globalną powraca. Tytuł oferujący równie dużo komercyjnej perwersji, co karkołomnego...